Artykuły

Replay #7 - Alice: Madness Returns

Alicja od bardzo dawna zalegała na moim stosie wstydu i któryś długi weekend okazał się być dla niej łaskawy. W końcu nadszedł czas i przygody w szalonej krainie czarów zagościły na ekranie telewizora. Czy Alicja okazała się być równie łaskawa dla niżej podpisanego gracza? Zdecydowanie tak. Za niewielką kwotę wydaną na używaną płytę Alice: Madness Returns zapewniła satysfakcjonującą zabawę. Jak jednak wiadomo, nie ma róży bez kolców.

Nazwisko Americana McGee nie jest nieznane w branży gier. Projektant poziomów i członek legendarnego ID Software z czasów, gdy wydawano klasycznego Dooma i Quake wyrobił sobie markę, pod którą niebawem zaczął produkować gry. American McGee’s Alice z 2000 roku była wyjątkowa pod wieloma względami. Brutalna i oniryczna wersja Alicji w krainie czarów wylądowała w napędach domowych komputerów wzbudzając zasłużone zainteresowanie.

Choć o grze było głośno, to na kontynuację trzeba było czekać aż 11 lat. Alice: Madness Returns wyszła poza bezpieczne terytoria komputerów PC i ukazała się również na Xboksa 360 i Playstation 3.

Alice: Madness Returns jest grą, która charakteryzuje się świetnym klimatem. Poziomy przedstawiane są jako chwile ucieczki przed dobijającą rzeczywistością. Fabuła prowadzona jest w sposób, który powoduje, że nigdy do końca nie jesteśmy pewni, czy kraina czarów jest realna, a krótkie wizyty w wiktoriańskim Londynie odskocznią, czy na odwrót. A może całość przedstawienia, w którym bierzemy udział jest efektem jakichś specyfików podanych dziecku o poszarpanej tragedią psychice?

Pierwsze poziomy zachwycają wykonaniem. Choć wykorzystane rozwiązania nie są niczym odkrywczym (trampoliny, ruchome platformy, szybowanie itp.) to sposób, w jaki je podano oczarowuje. Kraina pełna olbrzymich grzybów, muszli, naczyń i żywopłotów potrafi zrobić wrażenie nawet po pięciu latach. Niestety im głębiej w zaczarowany las, tym gorzej. Szczególnie poziomy oparte na chińskich zastawach jakoś utkwiły w pamięci jakby były robione na szybko i bez zastanowienia. Powtarzalność układów komnat rośnie w zastraszającym tempie, a modele przeciwników, tak pełne nieodgadnionego uroku w pierwszych poziomach stają się paskudnie niedopracowane.

Alice: MR na pierwszy rzut oka przywodzi na myśl platformery pokroju Mario 64 czy Spyro the Dragon. I w dużej mierze tak jest. Alicja prze do przodu skacząc po występach i platformach, rozwiązując proste zagadki logiczne. Do tego dochodzi jeszcze element walki wręcz, opartej na bardzo prostych kombosach oraz strzelaniu do wrogów z młynka do pieprzu tudzież imbryka z gorącą herbatą. Gra jednak jest pełna urozmaiceń wszelkiego rodzaju. A to Alicja nagle rośnie do gigantycznych rozmiarów zadeptując kolejne hordy przeciwników, innym razem gra zamienia się w platformery 2D lub scrolling shootera, gdzie należy wykazać się zręcznością i przy okazji pozbierać parę pierdółek. Innym razem przejście do następnego etapu jest oddzielone zjeżdżalnią, na której trzeba omijać przeszkody albo zbierać inne pierdółki.

To urozmaicenia mocno ożywiają zabawę, są zaskakujące i intrygujące. W trakcie zabawy skojarzenia ze Spyro były coraz częściej zastępowane innymi – wiodącymi do nieco zapomnianego już hitu skrywającego się pod tajemniczymi literkami MDK.

Może to dlatego Alice: Madness Returns tak bardzo mnie pochłonęła. Przypomniała mi bowiem te piękne czasy, gdy w głowach twórców pomysłowość i chęć zaskakiwania wiodły prym bardziej niż pogoń za spełnieniem oczekiwań działów księgowych i marketingu w wielkich firmach. Ta nieskrępowana zabawa, która nie siliła się na konkurowanie z innymi markami, a bardziej była celem sama w sobie spowodowała, że Alice wyrzuciła świeższe gry AAA  ze stosu wstydu w kąt i kompletnie pochłonęła na kilkanaście godzin.

Ta oniryczność, narkotyczyność i schizofrenia jest dodatkowo podbijana przez przegenialną muzykę i oprawę dźwiękową. Utwory z Alice: Madness Returns są kapitalne i doskonale prowadzą wydarzenia na ekranie. Po złożeniu wszystkiego do kupy Alicja ocieka klimatem unikalnym i niepowtarzalnym, za co można ją tylko pochwalić.

Nie można powiedzieć, że dzieło Americana McGee jest grą idealną. Zbyt wiele można jej zarzucić. O powtarzalnych i nierównych poziomach już wspomniałem, tak samo jak o niektórych niechlujnych projektach postaci. Do tego dorzuciłbym mankamenty techniczne – a to sterowanie czasem zawiedzie, a to celownik nie zablokuje się na przeciwniku. Nie mnie jednak pomysłowość, z jaką wykonano grę, ilość upchniętych rozwiązań i nieskalane kalkulacją na szerokiego odbiorcę wykonanie pozwala stwierdzić, że Alice: Madness Returns jest wciąż dobrym tytułem na kilka wieczorów i perełką w każdej kolekcji.

Warto odnotować, że nawet po zakupie używanej kopii otrzymujemy dostęp do pierwszej części przygód Alicji z 2000 roku. Chyba zatem warto wydać kilkadziesiąt złotówek aby dać szansę temu tytułowi. Tym bardziej, że wieść gminna niesie, że w głowie Americana McGee jątrzy się myśl o trzeciej części.

Graliśmy na Xbox 360

Fot: ea.com


 

+ Genialnie udźwiękowiona

+ Świetny klimat

+ Duża liczba absurdalnie cudownych pomysłów

+ Zabawa, zabawa i nic poza tym

 

- Strzelanie – celownik nie zawsze chwyta przeciwnika

- Trochę toporne sterowanie momentami

- Piękne poziomy mieszają się z przeciętnymi, to samo dotyczy projektów postaci

 

 

 

Podobne artykuły

Replay #6 - The Order: 1886

Replay #6 - The Order: 1886

Kiedy Sony pokazało trailer The Order: 1886 wiedziałem,  że będę chciał jak najprędzej w tę ...

czytaj więcej
Replay #5 - Watch Dogs

Replay #5 - Watch Dogs

Kolejny odcinek naszej serii Replay poświęcamy tytułowi, który, miałem nadzieję, po dw&oac...

czytaj więcej
Replay #4 - Battlefield Hardline

Replay #4 - Battlefield Hardline

Seria(l) Battlefield trwa w najlepsze. Nie tak całkiem dawno studio DICE poinformowało o pracach ...

czytaj więcej
Replay #3 - The Vanishing of Ethan Carter

Replay #3 - The Vanishing of Ethan Carter

Kiedy Paul Prospero – detektyw parający się sprawami o podłożu ponadnaturalnym otrzymuje al...

czytaj więcej

komentarzy (0)

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany