Artykuły

Replay #2 - Dying Light

Witajcie w kolejnej odsłonie naszego cyklu Replay, w którym ogrywamy tytuły mające swoje premiery już za sobą. Sprawdzamy jak się zestarzały i jak radzą sobie odarte z hype’u i natłoku reklam. W dzisiejszym odcinku siadamy do Dying Light polskiego Techlandu.

2015 rok był zdecydowanie rokiem polskim w gamingu. Wiedźmin 3 pozmiatał większość wyróżnień za grę roku, a Destructive Creations zostali dupkami roku wg. magazynu Playboy. Dying Light z wrocławskiego Techlandu też miało swoje pięć minut, wzbudzając ożywione zainteresowanie mediów i graczy. Właściwie pisząc „pięć minut” nie oddaję w pełni zasług studia z Dolnego Śląska. Gra ma się cały czas dobrze, społeczność wokół niej się rozwija i tworzy niesamowite rzeczy – choćby stworzony przez jednoosobowy zespół mod Harran The Ride:

Dying Light

Fabuła Dying Light zabiera nas do miasteczka Harran, w którym wybuchła tajemnicza epidemia. Plaga zbiera potworne żniwo przemieniając ludzi w krwiożercze monstra. Miasto zostaje ogrodzone murem i objęte kwarantanną. W obrębie ogrodzenia znajduje się jednak wciąż wiele niezarażonych osób, które starają się przetrwać hekatombę. Wśród nich znajduje się cwaniaczek, który wykradł pewne pliki z korporacji medycznej GRE. Jako agent wynajęty przez tą organizację trafiamy w środek zarażonego miasta i staramy się odzyskać utracone dane, będąc jednocześnie świadkiem tragedii miasta.

Klimat filmu klasy B

Zagłębiając się w historię sprzedawaną przez Techland miałem wrażenie, że obcuję z dziełem nawiązującym do klasyki filmów klasy B, co w moich oczach jawi się jako olbrzymia zaleta. Wychowany na VHSach doceniam mało skomplikowaną, acz wciągającą fabułę, która ma na celu dostarczyć mnóstwa emocjonujących chwil i rozrywki.

Takie właśnie jest Dying Light, nieskomplikowane, emocjonujące i wciągające. Postaci skonstruowane na potrzeby gry nie mają skomplikowanych motywacji – starają się przetrwać w nienormalnej sytuacji, czasami jednocząc się w grupy, czasami gubiąc ostatnie klepki w głowie. Bohaterowie (zarówno główni, jak i niezależni) są mocnymi punktami Dying Light. Są różnorodni i charakterystyczni, a co najważniejsze - ratują wszystkie sidequesty od monotonii.

Zadania poboczne są bowiem, w przeciwieństwie do postaci, sztampowe i powtarzalne. Polegają głównie na zleceniach kurierskich i nie wychodzą poza schemat wynieś, przynieś, pozamiataj. Jest to trochę nużące, ale jak wspomniałem – zleceniodawcy są na tyle kolorowi, że przymykamy na to oko. Dzięki temu nie cierpi klimat serwowany przez grę. W grze bowiem unosi się bardzo ciężka atmosfera, która budowana jest również przez niesamowicie dobrą ścieżkę dźwiękową.

Co słychać w Harran

Już dawno muzyka z gry nie przyprawiała o takie ciarki. Utwory skomponowane do gry są genialne, nie tyle wpasowują się w Dying Light, co dodają grze duszy i skrzydeł i warte są posłuchania nawet bez zabawy w Harran. Pawłowi Błaszczakowi, autorowi muzyki w DL należą się brawa, wieniec laurowy i uściski dłoni wszystkich prezesów świata.

Skoro przy dźwiękach już jesteśmy to warto też dodać, że gra ukazała się w pełni zlokalizowanej wersji. Choć w mojej ocenie dubbing gier rzadko wychodzi im na dobre (z kilkoma chlubnymi wyjątkami), to w przypadku Dying Light uważam, że polscy aktorzy sprawili się naprawdę dobrze. Przede wszystkim zniknęła gdzieś ta teatralna maniera, psująca nieziemsko klimat w wielu produkcjach. W połączeniu z naprawdę dobrym tłumaczeniem wszystko brzmi przyjemnie i autentycznie.

Wygląd Harran nie pozostawia złudzeń. Katastrofa, która u nastąpiła jest świetnie oddana – zrujnowane miasto, tlące się tu i ówdzie zgliszcza, uszkodzona infrastruktura, pozostawione pojazdy – wszystko wygląda świetnie. Gra ma prawie równy rok, a nadal wygląda rewelacyjnie. Drobiazgowość i szczegółowość cieszy oczęta podczas zabawy, a dodatkową radość sprawa fakt, że w trakcie gry nie idzie zauważyć błędów, które zdarzają się innym wielkim produkcjom – tekstury się nie rozłażą, modele nie skaczą. Otoczenie i postaci są wykonane z należytą pieczołowitością i charakterem, za co Techlandowi należą się brawa i uznanie.

Taniec z zombiakami

Jak na prawdziwego sandboksa przystało, Harran można przemierzyć wzdłuż i wszerz trafiając na różnego rodzaju przygody. A to niedaleko spadnie zrzut zaopatrzenia, a to trzeba gdzieś wkręcić korki by przywrócić zasilanie, a to przepędzić zarażonych. Przemieszczanie się z punktu A do punktu B odbywa się piechotą. Urozmaicenie krajobrazu budynkami wszelkiej maści ma to naturalnie utrudnić, ale dzięki rozwiązaniu opartemu na tym co widzieliśmy wcześniej w Mirror’s Edge utrudnienie staje się przyjemnością. Może i ktoś oskarży mnie o herezję, ale w Dying Light parkour wydaje się być lepiej zaserwowany niż w dziele DICE. Fakt, że obydwa te tytuły dzieli kilka ładnych lat ma na pewno przełożenie, ale odnoszę wrażenie, że wskakiwanie na ściany i kicanie po murkach w tytule Polaków jest szybciej i łatwiej przyswajalne, a co za tym idzie bardziej satysfakcjonujące. W grze znajdą się też mini-gierki polegające na bieganiu po przeszkodach i zaliczaniu punktów kontrolnych na czas, więc swoje umiejętności zawsze można sprawdzić i podszlifować.

Parkour nie jest jednak istotą zabawy w Dying Light. Poruszanie się po mieście pełnym zombiaków i bandziorów jest obarczone nie tylko ograniczeniami związanymi z przeszkodami terenowymi. Przeciwników można i czasami należy eliminować. Do tego celu służy broń biała, a także i palna. Broń można upgrade’ować łącząc różne znalezione elementy i tworząc coraz bardziej śmiercionośne narzędzia. Crafting jest bardzo fajny, a pomysłowość, którą wykazano się w zbijaniu ze sobą różnych części w celu uzyskania bardziej morderczego efektu jest olbrzymia.

Dying Player

Walka jednak nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem. Po pierwsze – broń się zużywa i aby była efektywna należy o nią dbać i prowadzić konserwację (zużywając znalezione części). Jeśli o tym zapomnimy, to nawet zwykły kij od miotły może złamać się w samym środku grupy zombiaków. Sprawą z zupełnie innej beczki jest natomiast to, że z jednym, dwoma zarażonymi poradzić jest sobie łatwo. W przypadku większych grup robi się już nieciekawie. W takim wypadku jedynym wyjściem jest salwowanie się ucieczką i unikanie konfrontacji. Kluczenie w celu zgubienia przeciwników jest koniecznością gdy postanowimy wyruszyć w miasto nocą. Cykl dobowy wprowadzony przez Techland wymusza korzystanie z różnych rozwiązań i jest elementem, który dostarcza zupełnie nowych doznań. Bezpieczny powrót do bazy po nocnym spacerze sprawia niesamowitą satysfakcję, bowiem zombiaki nocą stają się bardziej agresywne, szybsze i bardziej zorganizowane.

W całości tego miodu jednak znajduje się spora łyżka dziegciu. Wspomniane przeze mnie Mirror’s Edge jasno i klarownie oddzielało elementy walki z elementami parkouru. W Dying Light niestety często ginąłem gdyż sterowanie nie pozwalało na łatwe przejście z ucieczki do walki.  W szybko zmieniającej się sytuacji palce na padzie potrafiły błądzić i powodowało to niestety zamieszanie. Do walki w Dying Light trzeba się przygotować, zadawać ciosy i odskakiwać, mając opanowaną przestrzeń wokół siebie. Bardziej dynamiczne chwile niestety powodowały w najlepszym przypadku mocny uszczerbek na HP. Do sterowania trzeba się przyzwyczaić, a może po prostu go nauczyć, jednak nawet w późniejszych etapach gry zdarzało się mi zaplątać. W mojej ocenie czas poświęcony temu przystosowaniu jest nieco za długi, ale możliwości, które daje gra mistrzowsko opanowana na pewno stanowią dużą nagrodę dla osób obdarzonych cierpliwością.

Niechaj zatem moje kłopoty ze sterowaniem nie przysłonią nikomu pozostałych atutów Dying Light. Gra Wrocławian jest niesamowicie przyjemna, klimatyczna i wciągająca, do tego okraszona rewelacyjną muzyką. Harran może być zwiedzane przez czteroosobowe grupy biegaczy, co jeszcze polepszy doznania płynące ze spotkaniami z powłóczącymi noga za nogą zombiakami. Na pewno warto zgarnąć ten tytuł w promocji, które kiełkują w polskich sklepach, tym bardziej, że wielkimi krokami nadchodzi już duże rozszerzenie – The Following


+grafika

+muzyka

+klimat

+scenariusz

+emocjonująca i wciągająca

+ciekawe postaci drugoplanowe

+polski dubbing

+cykl dnia i nocy

+sekcje skakane a’la Mirror's Edge

+crafting


-sidequesty słabe – wynieś, przynieś, pozamiataj

-sterowanie, sterowanie, sterowanie


Graliśmy na PS4

Podobne artykuły

Replay #1 - Titanfall

Replay #1 - Titanfall

Titanfall, będący jednym z pierwszych tytułów startowych na Xbox One z czasem rozlał się r...

czytaj więcej

komentarzy (0)

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany