Artykuły

Halo 5: Guardians - Replay #9

Fabuła uniwersum Halo ma być rozrysowana na co najmniej kilka następnych części i tak naprawdę nie wiem czy cieszyć się, czy pogrążyć w smutku. Halo 5 bowiem wzbudza ambiwalentne odczucia. Kampania dla jednego gracza jest nijaka i nie wzbudza już takich emocji, jak za czasów rozwalania wielkich pierścieni, walki z Floodem i prorokami Przymierza.

Halo 5: Guardians było sprzedawane jako wielka konfrontacja Master Chiefa ze ścigającym go za zdradę Jamesem Lockiem. Oczekiwałem epickich pojedynków, dialogów wrzynających się w pamięć, pełnych ciętych ripost i zabawy słowem. Dostałem nieco miałki pościg za bohaterem (jakby nie było) ludzkości z kilkoma średnimi zwrotami akcji.

Idzie zauważyć, że misje są głównie prowadzone z perspektywy ścigającego Jamesa Locke’a. Chief gdzieś poszedł w cień, bo mamy okazję nim grać może ze trzy razy. Locke jest wspaniałym żołnierzem, doskonałym dowódcą i wyśmienitym Spartaninem, jednak nawet doceniając wszystkie jego zalety jest bohaterem strasznie nijakim. Chief był małomównym (mimo wszystko) żołnierzem, który wspierał w działaniach zwykłych piechurów i wszedł w centrum naprawdę ciekawej i wciągającej opowieści. James Locke jest przy nim wyciętym z tektury cieniem, który nie wiadomo dlaczego dostał okazję poprowadzić niemal całą grę.

Lore również zaczyna się jakby rozjeżdżać. Zniszczone pierścienie Halo zostały zastąpione Strażnikami – kolosami, dotychczas zagrzebanymi pod powierzchnią różnych planet, ongiś służącymi utrzymaniu pokoju w galaktyce. Czy galaktyczna skala działań nie robi się przesadzona? Aż strach pomyśleć, co zostanie wprowadzone po zakończeniu aktualnej trylogii i ile jeszcze olbrzymiego złomu skrywa otchłań galaktyki.

Odnoszę wrażenie, że fabularnie Halo jest już wydojone do granic możliwości. Bungie, produkując na swoje pożegnanie z serią Halo: Reach pokazało maleńki wycinek fabuły, który tak naprawdę stał się zaczynem do galaktycznego konfliktu. Pomimo tego, że Chief pojawił się tam dosłownie na ułamek sekundy, który można było ominąć, to czuć było wagę tej postaci dla całości. Halo 5 to nie Halo Reach, Prometeanie to nie Flood, 343 Industries to nie Bungie, a James Locke to nie Master Chief. Tylko tyle i aż tyle.

Sama gra w kampanii nie pokazuje nic więcej niż to, co zdążyliśmy już zakosztować w poprzednich częściach. Killroomy, okazjonalne szarże pojazdami.. i już. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że pomimo genialnej oprawy graficznej zabrakło rozmachu i czegoś świeżego. Walimy z pukawek do tych samych wrogów, jeździmy tymi samymi pojazdami, a momentami miałem wrażenie, że i projekty poziomów gdzieś już widziałem.

I kiedy już zaczynałem pogrążać się w smutku, żegnając w myślach jedną z moich ulubionych serii, odpaliłem multiplayera, który odmienił oblicze ziemi, po której stąpał James Locke.

Z różnych przyczyn multiplayera w grach staram się omijać, lub szybko się nim nudzę. To dobry temat na osobny artykuł, dlatego pominę te kwestie. Halo 5 zaoferowało wciągający i satysfakcjonujący tryb dla wielu osób i pochłonęło mnie na długie godziny. Ze zdziwieniem przyjąłem fakt, że kampanię przerobiłem w zasadzie na kilka krótszych posiedzeń, bez żalu wyłączając konsolę za każdym razem. Halo 5: Guardians w trybie dla wielu graczy wchłonęło mnie z z siłą wysuszonej gąbki  i nie chciało puścić.

Powodów tego stanu rzeczy jest kilka. Po pierwsze – duża ilość wariantów rozgrywki, w które można się bawić. Mamy więc tryby dla osób pragnących postrzelać w kooperacji, zmagania drużynowe i dla samotnych wilków. Pośród mnogości trybów nie ma tylko standardowych kalek typu CTF i Team Deathmatch. Bardzo fajnie strzelało mi się w trybie Warzone i Warzone Firefight. W pierwszym dwie drużyny rywalizują o zdobycie odpowiedniej ilości punktów. Konto drużyny jest zasilane lekkim strumyczkiem punktów za zajmowane przez nią pozycje wyznaczone na mapie. Pozycje są przypisane na stałe i zawsze wiadomo, gdzie się znajdują. Przejmowanie i obrona wydaje się być kluczowe, ale wcale tak nie jest. Konto drużyny można wzbogacić eliminując pojawiającymi się w losowych miejscach bossami. Zabicie takiego bydlaka potrafi przeważyć szalę zwycięstwa na naszą stronę, ale jest trudne i okupione koniecznością współpracy – czasami nawet z drużyną przeciwną. Ten niesymetryczny, acz doskonale wyważony wariant rozgrywki przyprawił wielu emocji mojej starej osobie. Bardzo rzadko mecz był z góry rozstrzygnięty, a szala zwycięstwa skakała jak szalona. 

Warzone Firefight to tryb kooperacyjny, w którym również trzeba eliminować potężnych bossów, lub odliczoną ilość wyznaczonego mięsa armatniego. Wrogowie nadciągają falami i na każdą z nich jest przeznaczone całe pięć minut. Cholernie trudne, wymagające współpracy i synchronizacji działań zadanie – ale dające niesamowitą frajdę i satysfakcję.

Poza tym Halo 5 oferuje możliwość zabawy w bardziej standardowych trybach, choć niektóre są dość miło urozmaicone, np. Zabójcy pozwalają na zdobywanie punktów na przeciwnikach w dwójnasób – rundy kończy albo eliminacja wszystkich przeciwników, albo zdobycie flagi.

Powyższe to czubek góry lodowej. Tryby dla dużych drużyn, zabawa bez osłon, wybór najlepszych map stworzonych przez społeczność – na pewno coś pominąłem, bo nowe łatki dodają nową zawartość. Gra jest żywa, sporo ludzi wciąż w nie gra, a producenci zadbali o świetny balans rozgrywki i urozmaicony wybór jej trybów.

Rzecz druga, która trzymała mnie przy multiplayerze to sposób, w jaki pilnowany jest porządek i spokój podczas zabawy. 343 Industries i Microsoft wspaniale i wzorowo rozwiązali problem osób psujących zabawę innym. Widać, że system zgłaszania nadużyć funkcjonujący na Xboksach pięknie tu działa. W trakcie zabawy nie słyszałem ani razu wyzwisk, odgłosów fizjologicznych kierowanych do mikrofonów, czy innego przysłowiowego darcia gęby. Tego typu przypadki są zresztą mocno piętnowane. Wszelkie inne rodaje gówniarskiego zachowania również. Za quitowanie czy przyjacielski ogień można nawet złapać bana.

Wszystkie rozgrywki są premiowane pewną ilością punktów rekwizycji, za które można nabywać pakiety zawierające różnego rodzaju dobra. Pojazdy, ulepszenia pancerza, uzbrojenie, które można wykorzystać w niektórych trybach. Inne różności wypadające z paczek zawierają elementy upiększające naszego Spartanina – hełmy, pancerze, emblematy, a nawet unikatowe animacje zabójstw przeciwników. Pomysł prosty, acz skuteczny – zadziałało prawo pokemonów – mimowolnie przeglądałem kolekcję i wstrzymywałem oddech przy rozpakowywaniu kolejnych paczek. Nie obyło się bez mikrotransakcji, bo pakiety można kupować również za żywą mamonę w Xbox Store, jednak to opcja dla bardzo niecierpliwych. Bez wydawania dodatkowych środków można się równie świetnie bawić. Jedyną niedogodnością, z jaką się spotkałem w zabawie po sieci były zrywane połączenia. Może i nie było tego jakoś specjalnie dużo, ale jednak nie wpływało to na komfort ani dobrą zabawę.

Podsumowując, Guardians dało mi naprawdę dużo frajdy i nadal daje. Nie mogę odmówić sobie przyjemności rozegrania szybkiej partyjki w każdej wolnej chwili. Gdyby kampania dla pojedynczego gracza była lepsza, to Halo 5 stanęłoby bardzo wysoko w prywatnym rankingu serii. Niestety, widać, że kampania fabularna schodzi gdzieś na dalszy plan, ponieważ jeśli chodzi o przyjemność płynącą z zabawy to od trybów wieloosobowych dzieli ją przepaść. A szkoda, bo za Chiefem trochę już tęskniłem.

Jeżeli szukacie partnera do gry koniecznie zajrzyjcie na naszą stronę z eventami.

 

Graliśmy na Xbox One

Fot. Redakcja i Xbox.com


 

+ przerwelacyjny multi

+ oprawa graficzna

- nijaka kampania dla jednego gracza

- zrywane połączenia.

Podobne artykuły

Replay #7 - Alice: Madness Returns

Replay #7 - Alice: Madness Returns

Alicja od bardzo dawna zalegała na moim stosie wstydu i któryś długi weekend okazał się by...

czytaj więcej
Recenzja - Doom

Recenzja - Doom

W dzisiejszych czasach bardzo ciężko o dobrą strzelankę z pierwszej osoby, która miałaby w...

czytaj więcej
Replay #6 - The Order: 1886

Replay #6 - The Order: 1886

Kiedy Sony pokazało trailer The Order: 1886 wiedziałem,  że będę chciał jak najprędzej w tę ...

czytaj więcej
Inside - Recenzja

Inside - Recenzja

Kilka razy podchodziłem do napisania niniejszego wstępu i za każdym razem głowiłem się jak zacząć...

czytaj więcej

komentarzy (0)

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany