Artykuły

Wolfenstein: The Old Blood - Replay #8

Wolfenstein: The Old Blood – Replay #8

Wolfenstein: The New Order okazał się być bardzo udaną produkcją. Umiejętne wykorzystanie legendarnej marki, owinięcie jej w nowoczesną oprawę i przede wszystkim olbrzymia ilość smaczków odkrywanych za każdym zakrętem dieselpunkowej rzeczywistości, w której naziści wygrali wojnę, powodowało, że gra studia MachineGames spotkała się z bardzo pozytywnym odbiorem (również z mojej strony).

The Old Blood rozpoczyna się jeszcze przed wydarzeniami z The New Order. Główny protagonista serii, BJ Blazkowicz próbuje dostać się do twierdzy Wolfenstein w celu wykradzenia tajnych planów i zdobycia lokalizacji tajnej bazy Trupiej Główki – wrednego faszysty eksperymentującego na więźniach i będącego ostatnim bossem w The New Order. Oczywiście wyniesienie planów i informacji nie idzie łatwo, misja się komplikuje, a zamek Wolfenstein szybko staje się świadkiem krwawej sieczki. W drodze powrotnej Blazkowicz dowiaduje się, że hitlerowcy próbują dokopać się do podziemi zamku, w celu uwolnienia mrocznych sił, na co naturalnie nie może pozwolić.

Wolfenstein The Old Blood

Czytaj również Recenzję Dooma

Przemieszanie dieselpunkowego klimatu z okultystyczno – szatańskimi elementami wyszło grze na dobre. Gra zjadała nieco własny ogon aż do chwili manifestacji mrocznej potęgi i pojawienia się spadających z nieba zombie ze swastykami na ramionach. Ten nieco surrealistyczny i całkiem udany zabieg wprowadzony został w odpowiednim momencie. Aż do pierwszego spotkanego nazi – zombie odnosiłem wrażenie, że gra nie oferuje zbyt wiele nowego w stosunku do The New Order.

Mamy kilku nowych przeciwników (dosłownie kilku – w tym wspomniane nazi-zombie), mamy kilka nowych pukawek (też dosłownie kilka, choć z niektórego uzbrojenia zrezygnowano), mamy nowy tryb wyzwań, w którym zabijamy hitlerowców by zdobyć jak największą liczbę punktów. Zdaję sobie sprawę, że jest to DLC, ale nawet jak na standardy dodatków, Wolfenstein: The Old Blood wydaje się być nieco skromny.

Wolfenstein The Old Blood

Czytaj również Replay 7# Alice Madness Returns

Moduły skradankowe występują jak na mój gust zbyt często, przez co można momentami nabawić się gatunkowej schizofrenii, gubiąc się czy wciąż mamy tu do czynienia z FPSem. Sekcje, w których skradamy się za plecami wartowników, by wyeliminować ich za pomocą gazrurki (używanej również do wspinania się) zostały naćkane tak gęsto chyba tylko po to, aby przedłużyć gameplay. Obawiam się, że gdyby przechodzić The Old Blood radośnie prując ołowiem do wroga we wszystkich miejscach, zabawa byłaby krótsza.

We wszystkich rozdziałach umieszczono tzw. nightmare levels. Są to poziomy wycięte z oryginalnego Wolfensteina 3D, symulujące koszmary senne głównego bohatera. Element ten świetnie się prezentował w New Order, pojawiał się w zaskakującym momencie i był doskonałym urozmaiceniem zabawy. W The Old Blood to poczucie gdzieś umyka. Niestety ilość tych poziomów jest za duża i przy trzecim czy czwartym poziomie zaczynają po prostu nudzić. Następuje uczucie przesytu, które potęgowane jest marazmem. Błądzenie po szarych korytarzach i strzelanie do trzech rodzajów przeciwników w pewnym momencie najzwyczajniej się nudzi. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zostało to zmontowane na zasadzie – podobało się poprzednio, to spodoba się teraz, dajmy tego więcej. Owszem, jest to fajne rozwiązanie, ale fajność polegała na czym innym. 

Po zakończeniu każdego rozdziału otrzymujemy dostęp do trybu wyzwań, polegającego na strzelaniu do kolejnych fal przeciwników. Za zabitych otrzymujemy punkty, których suma określa medale przyznawane za dane wyzwanie. Poza ilością punktów kolor medali zależy od poziomu trudności, na jakim ukończymy daną planszę. Jednak by dany level odblokować na takim samym poziomie musimy ukończyć kampanię. Tryby miały być miłym dodatkiem, ale jakoś mnie nie wkręciły. Po dwóch planszach cisnąłem challenge mode w wirtualny kąt.

Wolfenstein The Old Blood

Czytaj również Recenzję Total War: Warhammer

Wracając do kampanii, to małym rozczarowaniem okazała się być również finałowa walka. Wielki drań wyłażący z dziury w ziemi prezentuje sobą właściwości bardzo wielu przeciwników wieńczących równie wiele gier. Może przesadzam, oczekując czegoś więcej, ale mam jakieś ambiwalentne odczucia po finałowej walce. Archeologiczne wykopaliska, starożytne księgi, legendarni władcy, szykowały w mojej głowie coś zupełnie innego. Dokładnie to samo uczucie towarzyszyło mi podczas ostatniej walki w Borderlands. Tam też odnosiłem wrażenie, że ostatni boss jest bo jest. Wolfenstein: The Old Blood tak samo delikatnie pompuje bańkę oczekiwań, która pęka na końcu z bardzo cichym pyknięciem.

Złego słowa nie powiem na warstwę techniczną. Gra jest wykonana bardzo poprawnie, zarówno pod kątem dźwięku jak i grafiki. Żadne błędy nie rzucają się w oczy, czy to przyglądając się modelom postaci, broni, jak i samym poziomom. Problem leży w pewnej sztampie, która wychodzi w projektach map. Na trasie naszej podróży poza górskimi widoczkami, sennymi wioskami i zamkowymi komnatami możemy liczyć na katakumby, podziemia i… w sumie tyle. Choć są wykonane jak najbardziej poprawnie, jest nawet na czym i oko zawiesić, to jednak brakuje w nich trochę atmosfery. O klimatycznych perełkach pokroju księżycowej bazy, czy podwodnego żydowskiego skarbca z The New Order można niestety pomarzyć.

Gdy już przychodzi do samego strzelania wracają miłe wrażenia. Czuć siłę i potęgę wszystkich broni. Kładzenie trupem kolejnych hitlerowskich żołnierzy sprawia całkiem dużą frajdę, tak samo zachodzenie od tyłu wielkich, okutych żelazem drani by wyrwać z nich okablowanie. Nie zapomniano o zabawnych dialogach, ale również i pod tym względem jest znacznie skromniej.

Wolfenstein The Old Blood

Czytaj również recenzję The Technomancer

Wolfenstein: The Old Blood nie jest bynajmniej produkcją złą. Jawi się jako porządnej jakości dodatek, który zapewni około 10 godzin zabawy przy samej kampanii. Do tego dochodzi czas spędzony na szukaniu znajdziek i zabawie w tryby wyzwań.

Klimat wciąż jest niezły, ale część gdzieś zniknęła. Widać, że studio chciało zrealizować grę z fabułą opartą na filmach klasy B i to się udało. Szkoda, że szczegółowość i detaliczność, z którą oddano The New Order, zatrzymała się na powtarzalnych i ogranych schematach. Zabrakło niewiele do tego, aby bawić się tak dobrze, jak z tytułem wydanym rok wcześniej. Gdyby nie chwile znużenia, które niestety wkradają się od czasu do czasu, można by nawet stwierdzić, że cel ten udało się osiągnąć. Niestety, powtórzę się – czegoś zabrakło. Czegoś szalonego. Oczywistą oczywistością jest fakt, że mamy do czynienia z dodatkiem i w zasadzie nie powinno się oczekiwać, żeby taka produkcja wprowadzała rewolucyjne zmiany. Oczekiwać jednak należy rozwinięcia, powiększenia i wzbogacenia podstawki. Chwile, w których można odczuć podmuchy nudy, zubożenie wyposażenia i nasycenie skradankowymi elementami są niestety odwrotnością powyższego. Na szczęście cena Wolfenstein: The Old Blood jest na tyle zachęcająca, że można łatwo przymknąć oko na te niedociągnięcia i przekonać się, co jeszcze MachineGames wycisnęło z Wolfensteina.

Graliśmy na Xbox One

Fot: Wolfenstein.com


+ przyjemne prucie ołowiem do nazistów

+ dobre wykonanie techniczne

+ nazi-zombie! i okultystyczne klimaty

- zabrakło szaleństwa

- ilość nightmare levels

- ostatni boss

- za dużo sekcji sradanych

 

Podobne artykuły

Recenzja - Doom

Recenzja - Doom

W dzisiejszych czasach bardzo ciężko o dobrą strzelankę z pierwszej osoby, która miałaby w...

czytaj więcej
Recenzja - The Technomancer

Recenzja - The Technomancer

The Technomancer - Recenzja Mars do najprzyjemniejszych miejsc nie należy. Nie dość, że komuni...

czytaj więcej
Replay #7 - Alice: Madness Returns

Replay #7 - Alice: Madness Returns

Alicja od bardzo dawna zalegała na moim stosie wstydu i któryś długi weekend okazał się by...

czytaj więcej

komentarzy (0)

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany