Artykuły

Redakcyjniak #1 - Moja pierwsza gra

Zapraszamy do naszego nowego cyklu artykułów, w któym nieregularnie będziemy omawiać różne ważkie i mniej ważkie, a czasem wcale nieważkie tematy. Dziś wzięło się nam na wspominki. Próbowaliśmy sobie przypomnieć jakie było nasze pierwsze spotkanie z grami, jak je zapamiętaliśmy i jakie wrażenie na nas zrobiło (skoro wciąż gramy, to na pewno olbrzymie).

Piotrek G.:

Pamiętam nieco jak przez mgłę, gdy na moim osiedlu rozlokowało się siedlisko rozpusty w postaci salonu gier, w którym stała zatrważająca ilość czterech automatów i jeden stół z pinballem. Nie mogę sobie przypomnieć jakie tytuły znajdowały się na innych maszynach, ale jeden z automatów oferował możliwość zabawy w grę, która okazała się być kamieniem milowym w historii elektronicznej rozrywki. Space Invaders, bo o tym mowa, w oczach sześciolatka jawiło się jako coś niesamowitego, kosmicznego i poruszającego do granic. Strzelanie do kosmitów było tak emocjonujące, że czułem się jakbym naprawdę bronił naszej planety przed inwazją. Naturalnie, było to w chwilach, gdy mogłem pograć – automat ze Space Invaders cieszył się największą popularnością okolicznej gawiedzi, która nieletnich amatorów zabawy na automatach rzadko dopuszczała do narzędzi destrukcji. Ta liczba kosmicznych potyczek, która była mi dana wystarczyła jednak, by zaszczepić bakcyla, którego kontynuuję nawet 30 lat później.

 

 

Piotrek R.:

Pewnego dnia, w moim rodzinnym domu, pojawił się komputer. Mój tata zakupił ZX Spectrum (na tamte czasy szczyt techniki, a w moich pięcioletnich wówczas oczach zalśniły iskry. Gry wczytywało się przy użyciu kaset magnetofonowych, a bardziej "uparte" programy wymagały użycia dodatkowego narzędzia – czasami głowica wymagała pomasowania śrubokrętem. Pierwszym tytułem, do którego dopadłem było Stop the Express. Gra nie była skomplikowana (tak jak większość tytułów tamtego okresu) i polegała na (jak może sugerować tytuł) na zatrzymaniu pociągu. Postacią przeskakiwałem z wagonu na wagon unikając, bądź zrzucając  przeciwników z mknącego ekspresu (możecie nie uwierzyć, ale używało się do tego przypadkowo złapanego ptaka :)). Żeby nie było tak prosto, brnąc do przodu naszej misji, trzeba było uważać na słupy trakcyjne, a w późniejszym etapie gry na duszki zamieszkujące rejony poręczy wewnątrz pędzącego składu. Docierając do kabiny maszynisty kończyliśmy poziom. Wtedy gra zaczynała się od początku, a my mogliśmy gromadzić większą liczbę punktów, jednakże na naszej trasie pojawiało się więcej przeciwników.
Czerpałem dużo radochy grając w Stop the Express. W wieku 5 lat moi rówieśnicy mieli różne marzenia. Jedni chcieli być policjantami, inni strażakami, jeszcze inni żołnierzami, albo lekarzami. Ja swoje marzenie szybko spełniłem. Wybrałem się w podróż we wspaniały, różnorodny, kreatywny i zagadkowy świat gier wideo. Okazało się, że to przygoda mojego życia. To jest moje miejsce we wszechświecie.

 

 

Adrian:

Pamiętam bardzo dobrze, kiedy dostałem pierwszy żeton do automatów od mojego dziadka. Nie, to była chyba jakaś reklama cukierków... Grzebiąc w czeluściach mojej pamięci i zastanawiając się, którą grę z mojego dzieciństwa pamiętam jako pierwszą, która wywarła na mnie największe wrażenie, uświadomiłem sobie jedna bardzo ważną sprawę, jak stary już jestem. Od najmłodszych lat gry wideo przewijały się przez moje życie. Pamiętam salony gier, klimat który w nich panował, ekscytację która towarzyszyła kiedy biegło się do takiego przybytku z monetą w ręku przeznaczoną na lody, a wydawaną na żeton pochłaniany przez jakiś automat. To napięcie, które nie pozwalało iść spokojnie, które kazało pędzić, aby wydać kasę na chwilę rozrywki na urządzeniu z jedną gałką i dwoma przyciskami. Pamiętam nazywanie gier swoimi tytułami, które później okazały się nosić miana River Raid i Pacmana. Mimo wszystko z tych wszystkich starych nośników rozrywki z największym sentymentem darzę kieszonkowe gry w jajeczka. Radzieckie podróbki konsol Game & Watch koncernu Nintendo na zawsze wyryły się w mojej pamięci. Może i jestem sentymentalny, ale cieszę się, że po dwudziestu paru latach są emulatoy na androida, pozwalające cieszyć się tymi pozycjami z przed lat.

 

 

Marcin

W czasach gdy kapitalizm w Polsce był w powijakach (89-90), i jedyną rzeczą mającą obwody elektryczne z którą miałem do czynienia był telewizor Unitra Helios zobaczyłem coś, po czym zapragnąłem wpaść w sidła elektronicznej rozrywki. Było to RAMBO, czyli popularny w Polsce klon Atari 2600 podpatrzone u kolegi na wsi. Widząc niemalże fotorealistyczną grafikę w grze Gopher aka Farmer Dan moje receptory wzrokowe doznały porażenia, a moje szare komórki już obmyślały plan jak namówić rodziców na zakup tego wspaniałego urządzenia. Koniec końców Atari2600 nigdy nie weszło w moje posiadanie, a ja za karę dostałem konsolę edukacyjną, Socrates - trauma po dziś dzień.

 

 

Jarek:

Pierwszą grę, poważną grą planszową (tzn. poważniejszą od Chińczyka i Grzybobrania) byli Bogowie Wikingów. W tych zamierzchłych czas zaczęło działać wydawnictwo Encore, które wydawało gry planszowe, jakich wcześniej w Polsce się nie uświadczyło. Pamiętam jak dostałem grę do rąk - plansza, będąca jednocześnie okładką i żetony przedstawiające istoty z mitologii nordyckiej. Dodatkowo instrukcja zawierał skrót mitologii wikińskiej - było to dla mnie wejście w fantastyczny, nieznany wcześniej świat. Rozgrywka polegała na starciu ze sobą dwóch sił w finałowym dla całego świata dniu Ragnarok. Jeden gracz dowodził siłami Asgardu (Thor to był paker, ale i tak wolałem Odyna) , drugi - siłami zła (Loki rządzi, chociaż najgroźniejszy był Jormungand - wąż Midgardu). Strona Asgardu przegrywała w momencie, kiedy zniszczony został jesion Yggdrasil - według wierzeń oś świata ludzi i bogów. Do tej pory, oglądając seriale typu Wikingowie pamiętam, że pierwsze informacje o bogach wikingów czerpałem właśnie z tej gry.

A Wy? Jaka gra była Waszą pierwszą? Napiszcie nam w komentarzu.

Podobne artykuły

10 jaskiniowych gier RPG

10 jaskiniowych gier RPG

Far Cry Primal umożliwił dzielnym graczom wcielenie się w postacie zawadiackich jaskiniowc&o...

czytaj więcej
Pięć prehistorycznych tytułów

Pięć prehistorycznych tytułów

Premiera Far Cry Primal za pasem, wirtualni wojownicy ostrzą już swoje włócznie i szykują ...

czytaj więcej

komentarzy (1)

Barsztik

3 kwietnia 2016 | 18:49

Wakacje nad jeziorem. Zdecydowanie z nimi wiążę moje pierwsze wspomnienia styczności z e-sportem ;-) Stały "budy" ze wszystkim czego dusza zapragnie, był też salon gier. W co się tam grało? Nie pamiętam. Chyba był Polybius ;-) Pamiętam za to dość dobrze nasz pierwszy komputer: Amstrad-Schneider CPC 464 z wbudowanym magnetofonem. Temat na osobny artykuł ;-). Tata przyniósł skądś to cudo. Widywałem już u kolegów atari i commodore, które może i miały zdecydowanie większą bibliotekę gier i rozbudowany rynek, ale nasz Sznajderek był nasz, był więc najlepszy. No i miał klawiaturę jak IBM, które wtedy widywałem tylko na okładce Bajtka.  Nie dysponowaliśmy monitorem, ani telewizorem wyposażonym w eurozłącze, które było wymagane przez nasz komputer by z telewizora zrobić monitor. Na szczęście tatko skręcił jakieś magiczne kable i Sznajderka podłączyliśmy do małego telewizorka kablami z charakterystycznymi okrągłymi wtyczkami. Obraz był niestety czarno-biały, ale był! Początki były trudne. Nie wiedzieliśmy jak "wgrać" grę. Wiedzieliśmy, że trzeba wpisać komendę RUN i wcisnąć enter (tak CPC miał klawisz enter - też jak IBM). Potem pojawiał się komunikat "Press any key to continue:", wciskaliśmy zatem, ale kwadratowy kursor znikał. Przez ładnych parę dni myśleliśmy, że coś jest nie tak. W końcu odkryliśmy, że tak ma być. I graliśmy. Znów nie pamiętam co było pierwsze, jednak pierwszym skojarzeniem jest "Aligata", czyli gra o tytule "Who dares wins 2" (ciekawe jak wyglądała jedynka). My nazywaliśmy ją "Aligata" bo na ekranie tytułowym najbardziej wyeksponowane było logo tegoż studio, poza tym nie byliśmy wtedy w stanie wymówić prawidłowego tytułu.
Tym milej wspominam tę grę, że posiadaliśmy oryginalną kasetę z nią. I to taką oryginalną, oryginalną. Taką oto:

Dobrze wspominam też Icari Warriors, Boulder Dash (które wciągnęło nawet moją mamę), Mission Omega (w której za cholerę nie wiedziałem o co chodzi), Commando (gra o szaleńczym tempie), Arkanoid, Tempest (patrz przypis przy Commando), Spiky Harold oraz Freddy The Hardest czy Ricka Dangerous'a (ale te dwa ostatnie to już późniejsze tytuły).   B.

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany